Kiedyś w szkolnych toaletach unosił się dym papierosowy. Było to miejsce, w którym uczniowie robili coś, czego szkoła zabraniała i czego dorośli starali się nie widzieć. Dziś dymu już nie będzie. Zamiast niego mogą pojawić się niewidzialne fale GSM i uczniowie sprawdzający ukradkiem ekran telefonu. Technologia się zmieniła, ale pewien mechanizm pozostał ten sam – młodzi ludzie zawsze znajdą przestrzeń, w której mogą zrobić coś poza wzrokiem dorosłych.
Dlatego dyskusja o wprowadzonym przez Ministerstwo Edukacji Narodowej zakazie używania telefonów w szkołach dotyka w gruncie rzeczy czegoś znacznie głębszego niż same urządzenia. Dotyczy tego, jak dziś rozumiemy rolę szkoły, nauczyciela i odpowiedzialności za wychowanie młodych ludzi w świecie technologii.
Nastolatek naprawdę nie potrafi się odłączyć
Z mojego doświadczenia pracy w szkole wynika bardzo jasno, że nastolatek nie potrafi samodzielnie odłączyć się od telefonu. I nie chodzi tu o brak wychowania czy złe intencje.
Po prostu tak działa technologia.
Powiadomienia, wiadomości, reakcje w mediach społecznościowych – wszystko to zostało zaprojektowane tak, żeby przyciągać uwagę. Każdy sygnał z telefonu uruchamia impuls: sprawdź, odpowiedz, zobacz, co się wydarzyło.
Dlatego wszelkie ustalenia z uczniami w stylu „będziemy korzystać odpowiedzialnie” bardzo często przegrywają z rzeczywistością. Wystarczy kilka minut lekcji. Ktoś zerknie na ekran. Za chwilę robi to kolejna osoba. Po chwili część klasy jest już myślami gdzie indziej.
To nie jest kwestia charakteru uczniów. To jest kwestia konstrukcji technologii, które zostały zaprojektowane po to, by naszą uwagę zatrzymywać jak najdłużej.
Technologia sama w sobie nie jest problemem.
Pracuję w szkole, w której funkcjonuje model iPad 1:1. Każdy uczeń ma swoje urządzenie, ale jest ono zarządzane przez system nadzorczy. Nauczyciel może poprzez aplikację Klasa kierować pracą uczniów, zamykać aplikacje, otwierać konkretne materiały czy skierować uwagę całej klasy na jeden ekran.
W takim modelu tablet staje się narzędziem pracy. Cyfrowym zeszytem, encyklopedią, kamerą, laboratorium.
Jednocześnie w naszej społeczności szkolnej przyjęliśmy bardzo prostą zasadę: na terenie szkoły – także na przerwach – nie korzysta się z prywatnych telefonów. I to naprawdę działa. To nie znaczy że uczniowie nie próbują używać telefonów. Owszem pytają czy mogą wyjąć telefon i zadzownić do mamy, dziadka itd. SUPER. Nie pytają kiedy chcą sprawdzić FB, X czy czego tam używają. No i wtedy telefon trafia do sekretariatu. Po kilku tygodniach przestaje to być temat. Telefony przestają być centrum szkolnego życia. Uczniowie rozmawiają, chodzą po korytarzach, grają w różne gry, czasem się nudzą.
Ta nuda – wbrew temu, co często myślimy – potrafi być twórcza.
Prawo do nudy
Smartfony właściwie zlikwidowały w życiu młodych ludzi coś, co kiedyś było naturalne: czas jałowy. Chwile bez bodźców. A to właśnie w takich chwilach powstają rozmowy, żarty, konflikty, przyjaźnie i spontaniczne pomysły. Szkoła bez telefonów staje się więc w pewnym sensie rezerwatem rzeczywistości – miejscem, w którym młody człowiek musi skonfrontować się z drugim człowiekiem twarzą w twarz. I choć brzmi to paradoksalnie, być może właśnie dlatego taka przestrzeń jest dziś tak potrzebna.
Szkoła to tylko część dnia
Jednocześnie w tej dyskusji często pomijamy jedną ważną proporcję. Uczeń spędza w szkole mniej więcej jedną czwartą dnia. Reszta to dom, droga do szkoły, popołudnie i wieczór.
Tymczasem analizy ruchu w sieciach telekomunikacyjnych pokazują bardzo wyraźnie, że prawdziwy szczyt aktywności młodych użytkowników w mediach społecznościowych zaczyna się dopiero po powrocie ze szkoły. Między godziną 15 a północą liczba wejść do aplikacji społecznościowych rośnie kilkukrotnie.
Innymi słowy – nawet jeśli szkoła ograniczy korzystanie z telefonów przez kilka godzin dziennie, to główne życie cyfrowe młodych ludzi zaczyna się dopiero w domu. Dlatego zakaz w szkole może pomóc w skupieniu podczas lekcji. Ale nie rozwiąże problemu nadmiernego korzystania z technologii, bo ten problem w dużej mierze rozgrywa się poza szkołą.
Lęk rodziców
Warto też uczciwie powiedzieć o jeszcze jednym elemencie tej układanki.
Dla wielu rodziców telefon stał się czymś w rodzaju cyfrowej smyczy bezpieczeństwa. Dzięki niemu mogą w każdej chwili sprawdzić, gdzie jest dziecko, czy wróciło ze szkoły, czy wszystko jest w porządku.
Dlatego każda regulacja dotycząca telefonów w szkole musi iść w parze z jasnymi procedurami kontaktu w sytuacjach awaryjnych. Rodzic musi mieć pewność, że jeśli wydarzy się coś ważnego, szkoła będzie w stanie natychmiast umożliwić kontakt.
Bez takiego zaufania nawet najlepsze przepisy będą budziły niepokój.
Dlaczego w ogóle potrzebujemy zakazu z ministerstwa?
W całej tej dyskusji najbardziej zastanawia mnie jednak coś jeszcze.
Dlaczego potrzebujemy ministerialnego zakazu, żeby nauczyciel mógł powiedzieć uczniowi: odłóż telefon? Jeszcze kilkanaście lat temu było to coś zupełnie naturalnego. Dziś coraz częściej na takie polecenie pojawia się odpowiedź:
„Ale dlaczego?”
Samo pytanie oczywiście nie jest złe. Problem zaczyna się wtedy, gdy pytanie nie wynika z ciekawości, tylko z przekonania, że każdą decyzję nauczyciela można negocjować. A odpowiedź nauczyciela jest w gruncie rzeczy bardzo prosta:
„Bo ja tak chcę.”
A dokładniej – bo uważam, że telefon w tym momencie przeszkadza w koncentracji i prowadzeniu lekcji. I nie muszę się z tego tłumaczyć.
Szkoła nie jest przestrzenią absolutnej wolności technologicznej. Jest miejscem pracy.
Kryzys zaufania
Dlatego mam wrażenie, że ministerialny zakaz telefonów jest w pewnym sensie objawem głębszego zjawiska – braku zaufania do szkoły i nauczycieli. Jeżeli potrzebujemy ustawy, żeby nauczyciel mógł powiedzieć uczniowi „odłóż telefon”, to znaczy, że coś w naszych relacjach zostało poważnie naruszone. Państwo próbuje rozwiązać ten problem regulacją. Ale regulacja nie zastąpi kultury szkoły.
Szkoły, w których nauczyciele są spójni, zasady są jasne, a rodzice rozumieją sens tych zasad, potrafią poradzić sobie z telefonami bez ministerialnych rozporządzeń. Szkoły, które tego nie mają, mogą mieć nawet najbardziej szczegółowe przepisy – i wciąż będą walczyć z tym samym problemem.
Zakaz to dopiero początek rozmowy
Nie oznacza to oczywiście, że zakaz jest zły. W wielu szkołach może on uporządkować sytuację i dać nauczycielom jasne wsparcie. Nie powinniśmy jednak mieć złudzeń. Sam zakaz nie rozwiąże problemu uzależnienia od technologii. Nie nauczy młodych ludzi odpowiedzialnego korzystania z mediów. Nie zastąpi rozmowy z rodzicami ani mądrej edukacji cyfrowej.
Może natomiast stworzyć coś bardzo potrzebnego.
Kilka godzin dziennie bez powiadomień.
Bez ciągłego sprawdzania ekranu.
Bez presji bycia cały czas online.

